O procesie wytwarzania alkoholi mocnych

   Zacznijmy od sprawy niezmiernej wagi.  Odróżnijmy silnie trujący alkohol metylowy od etylowego.  Z punktu widzenia chemii, obydwie substancje należą to tej samej grupy, ale ich właściwości biologiczne są krańcowo różne.  Zatem, krótki kurs w zakrecie chemii jest tu nieodzowny.

   Alkohole to związki, które na końcu łańcucha węglowodorowego posiadają grupę wodorotlenową. Owa końcówka różni się od grupy zasadowej sposobem dysocjacji, ale nie wnikajmy w szczegóły. Alkohole, których cząsteczka zawiera większą liczbę takich grup, jak gliceryna, albo alkohole aromatyczne (które wbrew nazwie nie tyle pachną, ile śmierdzą), nie wchodzą w zakres naszych dywagacji.

   Spożywczy alkohol to wyłącznie związek, którego węglowodorowy ogon składa się tylko z dwóch członów węgla.  Nie z jednego, nie z trzech, a z dwóch.  Wzór sumaryczny cząsteczki tego alkoholu zwanego etylowym, to C2H5OH. Na to stwierdzenie należy położyć szczególny nacisk, ponieważ alkohol metylowy, którego cząsteczka ma jedynie jeden węgiel (CH3OH), to rozpuszczalnik niezwykle silnie trujący, którego spożycie w ilości zaledwie 25 gramów powoduje śmierć w męczarniach.  Żeby podkreślić zdraliwość metanolu, informujemy, że zapach i smak tego związku jest nie do odróżnienia podobny do etanolu, czyli alkoholu spożywczego. Dlatego nabywanie spirytusu, czy wódek z niesprawdzonych źródeł, jest nie tylko niewskazane, ale wręcz niedopuszczalne.  Metanol nie da się żadnym prostym sposobem oddzielić od etanolu (alkoholu spożywczego),  Żadne przecedzanie przez chleb, węgiel aktywny, piasek, bibułę, cukier, nie usunie trucizny zanieczyszczającej spirytus nabyty od jakiegoś cwaniaczka.

Powyższy akapit proszę traktować z wielką powagą. Wiele społecznych tragedii wynika ze spożycia alkoholu z domieszką spirytusu metylowego w konsekwencji człowieczej nieodpowiedzialności.

  Tylko pod tym warunkiem rozchmurzymy oblicze i porozmawiamy o wódecznościach rozmaitych.

   Wódki otrzymuje się drogą mieszania (kupażowania) rozmaitych produktów destylacji alkoholu. Alkohol można również zatężać drogą wymrażania.  Obydwie metody są w większości jurysdykcji nielegalne, jeśli dokonywane przez prywatne osoby.

   A w kulturze europejskiej wódkę otrzymano po raz pierwszy prawdopodobnie w Dacji, czyli dzisiejszej Rumunii. Około pięćdziesięciu lat BC Dakami władał mądry i operatywny król znany pod przydomkiem Bura Bista, czyli Kędzierzawobrody, który stawił skuteczny opór zakusom cesarza Juliusza na jego ziemię i naród. Ów władca cierpiał na schorzenie wątroby, nie pozwalające mu pić wina, które lubił. Wiedziony zazdrością zakaz produkcji i spożywania wina rozciągnął na wszystkich Daków. Jednak Rumuni to ludek niezwykle zmyślny. Zamiast zniszczyć posiadane zasoby win, po prostu wypędzili z nich alkohol, w którym zasmakowali i nazwali trunek Tuica. W ten sposób nie sprzeciwili się ustawodawstwu, bo przecież zakaz dotyczył jedynie wina.

   Daleko na wschodzie od Europy starożytni Hindusi również znali sekret destylacji alkoholu. Przytoczmy fragment opowieści „Słowianka”, o której już wcześniej była mowa.

Następnego ranka Mirko zjawił się u Hindusów. Słoń unikał jego spojrzenia, a wyglądał nader smutno i mizernie. Opuścił łeb, zwiesił trąbę, a czerwone, pod­puchnięte oczy jego ledwo były widoczne. Baltazar, jak zawsze, od wczesnego ranka był już na nogach. Rzucił okiem na zmarnowanego zwierza i parsknął śmiechem. Słoń zawstydził się jeszcze bardziej. Uczony bez słowa wprowadził młodzieńca do dużego namiotu, gdzie siedział w kucki starszy człowiek przed dziwnym instrumentem. Na niewielkim ogniu stał na trójnogu kociołek szczelnie zamknięty wiekiem od góry. Z pokrywki wystawał gliniany tubus, jak później Baltazar wyjaśnił, wypełniony żwirem i drobnymi kamykami. Od góry owej rury wychodziła cienka miedziana rurka, zagięta ukosem w dół i owinięta szmatami, które Hindus polewał zimną wodą. Z drugiego końca rurki wypływał cienkim strumykiem przezroczysty płyn.

Baltazar podał gościowi maleńki naparstek wypełniony owym produktem.

– Chcesz spróbować?

Eliksir emanował miłym aromatem. Mirko upił łyk i zaraz zakrztusił się.

– Panie, to pachnie jak najlepsze wino, a smakuje jak żywy ogień!

– Widzisz, bywają tacy, którzy bez tego żyć nie mogą. Ale ja cię ostrzegam. To duch wina, którego używać można tylko na lekarstwo i w bardzo małej ilości. Wypi­jesz o kroplę za dużo, a stanie się demonem, który uczyni cię głupim na zawsze.

– Duch winny – spiritus vini – szepnął w zadumie chłopak.

– Przysięgnij mi, że nikomu nie wyjawisz, że znasz tajemnicę pędzenia ducha czy jak go zwiesz, spirytusu. Gdyby umiejętność ta dostała się w nieodpowie­dzialne ręce, mogłaby wyniszczyć rzeszę luda, a może i całe narody.

– Przed Dosią nie mam tajemnic. Przed Eleutherą, chciałem rzec.

– Zaprzysięgnij więc ją także, jak ja ciebie.

− Masz moje słowo, panie.

 Alkohol pędzony z wina nazywa się winiakiem, a pewne gatunki typowe dla specyficznych prowincji we Francji mają prawo zwać się koniakami. W skrócie wszystkie alkohole otrzymywane z winogron określone są jako koniaki, ale formalnie jedynie specyficzne francuskie produkty posiadają prawo do tej nazwy.

Nazwy alkoholi mają pochodzenie najprzeróżniejsze, a to od surowca, z jakiego sporządzono dany produkt, a to od dodatków, a to od regionu, dodatków smakowych, lub stosownie do imaginacji wynalazcy, jak na przykład Szopen, albo Belweder.

 Ciąg dalszy nastąpi
@ Paweł Dylkowski, technolog żywności

część VII

http://polishnews.com/artykuy-articles/zdrowiehealth/4544-od%C5%BCywiajmy-si%C4%99-z-przyjemno%C5%9Bci%C4%85-cz%C4%99%C5%9B%C4%87-vii