Polonijni żeglarze z Chicago i Krakusy w rejsie kanałami Patagonii i na Cape Horn

Naszahata

Mam już  za sobą długie przeloty, oraz wielkie oceaniczne  fale. Podczas jednego z moich poprzednich rejsów płynęliśmy przez 44 dni w Ryczących Czterdziestkach i Wyjących Pięćdziesiątkach z Cape Town do Australii i szczerze przyznaje, że nie bardzo mnie już bawi ten styl żeglowania.

Naszahata

Dlatego też ostatnio coraz częściej pływam po Morzu Śródziemnym, Grecji, Chorwacji, a ostatnio przez ponad 10 lat po Karaibach. Bardziej odpowiada mi teraz żeglowanie połączone z wypoczynkiem, ciekawa nawigacja, zwiedzaniem, nurkowaniem i wycieczkami wgłąb odwiedzanych lądów i… wcale się tego nie wstydzę.

W związku z tym, bardzo ucieszyłem się, gdy pojawiła sę możliwość przeprowadzenia jachtu „Nashachata” z Puerto Montt w Chile do Ushuaia w Argentynie. Toż to przecież  żegluga przez całą Patagonię, a słyszałem, że jest to jeden z najpiękniejszych rejonów na świecie!!!

Propozycja była tym bardziej atrakcyjna, że  miałem na to dość dużo czasu i mogłem dobrać sobie swoją własną załogę.

Ponieważ miał to być rejs  długi, bardzo starannie dobrałem sobie uczestników. Moja żona Dobrochna, Krzysztof Kamiński, Wojciech Wolantkowski, Ewa Zawada, z Chicago, oraz  Gosia, Waldek, Janusz i Jurek z  mojego rodzinnego Krakowa. Większość z nich to bardzo doświadczeni żeglarze i prawie wszyscy żeglowali ze mną wcześniej po Karaibach na moim katamaranie „SHANTIES”.

Horn

Załoga “Naszachata” przy Cape Horn , Jacek  Reschke w środku w czapecze

Oficjalny  program rejsu narzucony przez armatora to przepłynięcie najkrótszą drogą z Puerto Montt do Ushuaia, ale trochę w tajemnicy przed załogą i właścicielem jachtu miałem swoją własną wersję trasy. Chciałem jeszcze odwiedzieć Puerto Natales i zwiedzić najpiękniejszy Park Narodowy Chile Torrres del Paine, no i oczywiście kusiła bliskość przylądka Horn.

Wszystko oczywiście zależało od pogody, ale ponieważ naszą rejsową “pogodynką” był moj przyjaciel, znakomity żeglarz Witek Zamojski, wiedzialem że Vitio nam to zalatwi. I nie myliłem się .

Żegluga przez Patagonię to nie zabawa. W pewnym momencie należy wyjść na Pacyfic i wpłynąć z powrotem w kanały przez zatokę Golfo de Penas, nazywana przez miejscowych żeglarzy i rybaków zatoką bólu i cierpień.

A ta zatoka to takie chlijskie Biskaje. Wchodzą do niej ogromne fale ( to w końcu szerokość Ryczących Czterdziestek), odbijają się od brzegów zatoki pod różnymi kątami i wracają atakując jacht z każdej strony i załamując się w najbardziej dla jachtu nieprzyjaznych miejscah. Jachty czekają  czasami wiele dni, schowane w zatoczkach, żeby bezpiecznie przepłynąć ten odcinek trasy.

Patagonia

Przez kanały Patagonii nie można pływać nocą, a osłoniętych miejsc na tradycyjne kotwiczenie jest bardzo niewiele. Przy brzegu wszędzie głęboko, a na dnie skały. Dlatego też jedyne rozwiązanie to szukanie wąskich kanionów między skałami i małych zatoczek, w których można zaczepić się linami o drzewa, lub skały. I trzeba stawać jak najbliżej brzegu, aby być jak najbardziej osłoniętym od wiatru. Ponieważ na Patagonii o każdej porze dnia i nocy spodziwać się można bardzo silnych, niespodziewanych  uderzeń wiatru zwanych tutaj williwaws, należy cumować na noc tak, aby zawsze być przgyotowanym na silne szkwały  o sile do 10 w skali Beauforta. Wymaga to dość dużo pracy i czasu.

Nawigowanie po Patagonii nie  jest łatwe. Brak znaków nawigacyjnych, silne prądy (w niektórych miejscach dochodzące do 14 węzłów), wąskie przejścia między skałami i często bardzo słaba widoczność. Do tego dochodzi brak dobrych map, a GPS ma w tym rejonie błędy wskazania dochadzące nieraz w do dwóch mil!!!.

Patagonia

Patagonia-wycieczka  załogi

Nowoczesne chartplotery są tu niebardzo przydatne. Mapy cyfrowe na ten rejon to w większości generalki, bez dokładnej linii brzegowej, oznaczenia głębokości, przeszkod nawigacyjnych, skał, małych wysepek, a GPS pokazywał, że prawie caly czas płynęliśmy po lądzie. Z kolei  mapy papierowe, które na szczęście kupiliśmy w Chile, obejmują tylko główny szlak żeglugowy. Każde zboczenie z trasy to duże ryzyko spotkania się z podwodną skałą, lub mielizną.

Jeśli chodzi o pogodę, to w ciągu dnia należy spodziewać sie tutaj czterech pór roku, od bezwiecznej pogody słonecznej i opalania się na pokładzie, do śniegu, gradu i wiatru przekracząjacego w porywach siłę 10 w skali B. Na dodatek jest tam z reguły mokro i zimno, najniższą temperaturę jaką zanotowaliśmy to 2 stopnie C, na szczęście powyżej zera.

HornKaplica

Wnętrze kapliczki na przylądku Cape Horn

Patagonia, to rejon gdzie żeglują zdani jesteśmy tylko na siebie. Na odcinku ponad tysiąca mil jest tylko jedna osada ludzka – Puerto Eden, gdzie mieszka tylko 170 osób. Nie ma więc mowy o żadnej pomocy, jeśli coś się na jachcie zepsuje. No i nie jest to najbezpieczniejszy rejon  do pływania. Przygotowując się do tego rejsu czytałem, że parę lat temu wypłynęło na ta trasę 8 jachtów, a dopłyneły szczęśliwie tylko cztery. Były podarte żagle, złamany maszt, zerwana kotwica i poważne uszkodzenia kadłuba na podwodnych skałach.

Postoj

Patagonia-postój na noc

Z tego też między innymi powodu Marynarka Wojenna Chile (Armada) bardzo dokładnie kontroluje ruch jachtów w tym rejonie. Na każdy odcinek rejsu wydawana jest osobna zgoda tzw. “Zarpe” z  podaniem trasy, którą  wolno płynąć. Wydanie “Zarpe” poprzedza inspekcja bezpieczeństwa jachtu. Na dodatek  dwa razy dziennie należy meldować przez radio swoją pozycję, oraz podawać informacje o swoim jachcie każdemu przepływającemy statkowi i obsłudze latarni morskich.

Wszystko to sprawia, że Patagonia, mimo swojego piękna, nie jest za często odwiedzana przez żeglarzy. Podczas 5 tygodni rejsu spotkaliśmy na trasie tylko dwa inne jachty.

Nam się udało. Mieliśmy dobrą pogodę, dopłynęliśmy bezpiecznie do Ushuaia i na dodatek wykonaliśmy 100 procent mojego prywatnego planu. Nie ominęły nas jednak silne wiatry i parę przygód.  Było nocne zerwanie jachtu z kotwicy, 11 stopni w skali Beauforta i zerwana cuma.

Witek załatwił nam u Neptuna dobrą pogodę na opłynięcie przylądka HORN. Okrążyliśmy SKAŁĘ  na pełnych żaglach i na dodatek część załogi odwiedziła pontonem latarnika.

Krzysztof Kaminski, komandor klubu jachtowego w Chicago,  „Joseph Conrad Yacht Club”, zawiesza  klubowy proporczyk w latarni na przylądku Cape Horn.

Rejs był bardzo udany tak żeglarsko jak i turystycznie. Patagonia jest piękna i dzika. Chilijczycy bardzo  przyjaźni, gościnni  i pomocni.

Ale najważniejsze, że pomimo długości i trudów rejsu wspaniale sprawdziła się cała załoga. Tak profesjonalnej, odpowiedzialnej, bezkonfliktowej i wesołej załogi nie miałem chyba jeszcze na żadnym rejsie.

Dziękuję Wam za to!

Jacek Reschke

Zdjęcia nadesłane przez Jacka Reschkę:

https://www.polishnews.com/index.php?option=com_wrapper&view=wrapper&Itemid=310

 Wyprawa jachtu „Naszahata” po kanałach Pantagonii, Pacyfiku, wybrzeżu lodowcowym,  przejście Magellan i pzylądek Cape Horn utrwalona na zdjęciach:

Cape Horn Kris

http://picasaweb.google.com/stavaros/CapeHornKris?authkey=Gv1sRgCKe_vrftiIqpfw&feat=email#

http://www.interprosailingteam.com/ipsteamgallery/main.php

Jacek Reschke
s/y”Shanties”
[email protected]
www.sailcaribbean.net