„Nie chciałem żyć według cudzego scenariusza. Historia emigracji, kreatywności i budowania własnej drogi.”

Nie chciałem żyć według cudzego scenariusza. Historia emigracji, kreatywności i budowania własnej drogi.”

Artur Heller od lat mieszka z rodziną w Stanach Zjednoczonych, ale jego historia zaczęła się w Polsce, od fascynacji obrazem, publikacjami, rysunkiem i potrzebą patrzenia na świat po swojemu.

W tej rozmowie opowiada o życiu pomiędzy dwoma światami, emigracji, pracy w mediach, budowaniu Camerapixo Press i współpracy z twórcami z różnych krajów. To także rozmowa o niezależności, odwadze podejmowania własnych decyzji i szukaniu własnej drogi, nawet wtedy, gdy prowadzi ona w innym kierunku niż oczekują tego inni.

To historia o szukaniu własnego miejsca, o decyzjach podejmowanych nie zawsze najłatwiejszą drogą i o przekonaniu, że najważniejsze rzeczy zaczynają się wtedy, gdy człowiek ma odwagę pójść własną ścieżką.


KRYSTYNA TELLER: Arturze, wiele osób kojarzy dziś Camerapixo Press z fotografią, publikacjami i międzynarodową społecznością twórców. Ale zanim pojawiły się aparaty, magazyny i internet, był chyba zupełnie inny świat.

Co z tamtego czasu najmocniej zostało Ci w pamięci? Jakie obrazy, miejsca albo sytuacje wracają do Ciebie do dziś?


ARTUR HELLER: Dorastałem w Polsce lat 70. i 80., więc w rzeczywistości zupełnie innej niż dzisiejsza. Nie było internetu, smartfonów ani szybkiego dostępu do świata. Jeśli człowiek chciał coś zobaczyć albo zdobyć ciekawe informacje, szukał ich w książkach, gazetach, bibliotekach czy rozmowach z ludźmi.

Czytanie książek miało wtedy ogromne znaczenie. Książka nie podawała wszystkiego wprost tak jak dzisiejszy obraz wideo. Trzeba było samemu uruchomić wyobraźnię, zobaczyć bohaterów, miejsca, kolory i atmosferę opisywanego świata. Myślę, że te aspekty wpływały na mój sposób myślenia obrazem. Miało to także swój klimat. Człowiek bardziej zwracał uwagę na drobiazgi i zwykłe rzeczy. Nie było takiego natłoku informacji jak dzisiaj.

Do dziś pamiętam kioski Ruchu. Dla większości ludzi były czymś codziennym, ale dla mnie miały w sobie coś wyjątkowego. Potrafiłem długo oglądać okładki magazynów wystawione na metalowych stojakach albo położone płasko, jedna obok drugiej. Fascynował mnie sam świat publikacji. Nawet zapach farby drukarskiej bardzo dobrze pamiętam.

W kioskach regularnie szukałem też „Świata Młodych”. To była jedna z pierwszych gazet, które naprawdę systematycznie kupowałem. Było tam właściwie wszystko, co mogło zainteresować młodego człowieka: krótkie artykuły, komiksy, ciekawostki, gry logiczne, żarty i różne nowinki. Czekało się na kolejne numery, bo taka gazeta potrafiła zająć człowieka na długo. Dzisiaj można powiedzieć, że był to taki mały papierowy świat zainteresowań.

Bardzo działały na mnie katalogi „BURDA”, które trafiały do nas z Niemiec. Dzisiaj może trudno to zrozumieć, ale wtedy taki katalog naprawdę był czymś wyjątkowym. Oglądałem nie tylko fotografie czy reklamy. Zwracałem uwagę na kolory, układ stron, proporcje, typografię i sposób prezentowania treści. Wszystko wyglądało inaczej niż to, do czego byliśmy przyzwyczajeni. Myślę, że właśnie wtedy, zupełnie nieświadomie, zaczęło rozwijać się moje wyczucie estetyki, kompozycji i pracy z obrazem.

Wysyłałem tradycyjne listy bezpośrednio do producentów zachodnich samochodów z prośbą o przysłanie katalogów. Czasami coś przychodziło po kilku miesiącach, czasami nie było żadnej odpowiedzi. Ale jeśli taki katalog dotarł, oglądało się go bardzo dokładnie. Analizowało się typografię, układ stron, zdjęcia i sposób prezentacji samego produktu. Dzisiaj widzę, że to również miało wpływ na moje późniejsze podejście do projektowania publikacji, materiałów marketingowych i magazynów.

Ogromny wpływ miał też brat mojej mamy, który był architektem. Uwielbiałem do niego jeździć. W jego domu zawsze leżały kolorowe magazyny związane z projektowaniem wnętrz, architekturą i podróżami. Potrafiłem przeglądać je godzinami. Pamiętam też jego pracę przy desce kreślarskiej, skupienie, dokładność i pełne zaangażowanie w konkretny projekt.

Od dziecka bardzo dużo rysowałem. Tworzyłem krótkie historyjki komiksowe i wymyślałem postacie. Budowałem coś, co można nazwać własną kreską. Do dzisiaj wiele osób, patrząc na moje projekty, od razu rozpoznaje w nich mój styl. Wtedy ogromne wrażenie robiły na mnie komiksy Papcia Chmiela „Tytus, Romek i A’Tomek”, później także komiksy francuskie, które do dziś uważam za małe dzieła sztuki.

Pamiętam też moment, kiedy pierwszy raz zobaczyłem komiksy ze Spider-Manem i Batmanem. Przysyłał je z USA ojciec jednego z moich kolegów, który w tamtych czasach wyemigrował do Ameryki. Dla nas było to coś kompletnie niezwykłego, pierwsze zetknięcie z tamtym światem. Razem z komiksami pojawiały się gumy Donald, małe obrazki i różne drobiazgi, które wydawały się fragmentem innej rzeczywistości. Nawet nie myślałem wtedy, że kiedyś sam trafię do Stanów.

Były też częste wyprawy w góry. Mój dziadek był przewodnikiem górskim, więc od najmłodszych lat dużo podróżowałem po górach. Prawie każdy wyjazd w piątek, sobotę, niedzielę na łono natury i obcowanie z przyrodą.

Później pojawiło się harcerstwo, które również mocno wpłynęło na moje życie. Bardzo dobrze wspominam też podróże po Polsce i Europie z rodzicami i przyczepą kempingową. Takie rzeczy zostają później w człowieku na długo. Dopiero po latach zrozumiałem, jak mocno te wszystkie doświadczenia wpłynęły na moje późniejsze podejście do obrazu, projektowania, publikacji i pracy z ludźmi.

K. T.: Zanim pojawił się komputer, był jeszcze świat ręcznego tworzenia: malarstwo, rysunek, ołówek, papier, pierwsze próby i lekcje. Jak wyglądało u Ciebie to przejście od tradycyjnego rysunku do grafiki komputerowej?

A.H.: Przez pewien czas bardzo ciągnęło mnie do malarstwa. W pokoju miałem sztalugę, farby i swoje pierwsze próby malarskie. Nie traktowałem tego jeszcze zawodowo, ale spędzałem przy tym dużo czasu. Szukałem własnego sposobu pracy z kolorem, światłem i formą, a chyba najbardziej interesowało mnie to, jak za pomocą obrazu można pokazać emocje.

Z czasem okazało się jednak, że jestem uczulony na pigmenty zawarte w farbach malarskich, więc musiałem z tego zrezygnować. Wtedy jeszcze mocniej przeszedłem w stronę rysunku ołówkiem.

Rysunek wciągnął mnie naprawdę mocno. Przez pewien czas pobierałem nawet lekcje u studentów uczelni plastycznych. Uczyłem się proporcji, kreski, światła, cienia i bardziej świadomego budowania obrazu.

Ten świat ręcznego tworzenia był dla mnie bardzo ważny, ale równolegle zaczynało pojawiać się coś zupełnie nowego. Komputery. Na początku były bardziej marzeniem niż realnym narzędziem pracy, ale od razu czułem, że mają w sobie ogromny potencjał.

Z komputerami zetknąłem się bardzo wcześnie, bo już około 1981 roku, ale wtedy były one czymś prawie nieosiągalnym. Nie stały w każdym domu. Chodziło się do znajomych, którzy mieli komputer, ale także do klubów komputerowych, gdzie czasem długo czekało się na swoją kolej. Samo dotknięcie klawiatury, praca z myszką czy możliwość zobaczenia prostego programu na ekranie były wtedy dużym przeżyciem.

Nawet samo przebywanie wśród tej technologii dawało poczucie kontaktu z czymś nowym. Rozmawiało się o komputerach, grach, programach i możliwościach, które dopiero zaczynały się przed nami otwierać. Później pojawiły się czasopisma komputerowe, pierwsze większe zainteresowanie grafiką na ekranie i wyjazdy na tak zwany czarny rynek, gdzie można było zobaczyć nowinki ze świata komputerów. To był zupełnie inny klimat. Dla młodego człowieka naprawdę wyglądało to jak wejście do przyszłości.

Swój pierwszy komputer dostałem dopiero w liceum od ojca. Pamiętam to bardzo mocno. Nagle coś, co wcześniej było tylko marzeniem i czymś oglądanym u innych, znalazło się w moim domu. Zaczęły się nieprzespane noce, poznawanie programów, pierwsze eksperymenty i próby rysowania na ekranie.

To było dla mnie przejście z jednego świata do drugiego. Z rysunku na papierze do grafiki tworzonej na komputerze. Fascynowało mnie, że można coś narysować, poprawić, zmienić, zapisać i wrócić do tego później. Dzisiaj brzmi to normalnie, ale wtedy miało w sobie coś niesamowitego.

Chyba właśnie wtedy po raz pierwszy poczułem, że grafika może być czymś więcej niż tylko rysowaniem. Już jako młody chłopak mówiłem, że chciałbym zostać grafikiem, choć wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak bardzo komputery zmienią ten zawód.

Mimo tego nigdy nie porzuciłem ręcznego rysowania. Do dziś używam swojej kreski w różnych projektach, między innymi przy projektowaniu własnych gier planszowych. Mało kto wie, że rozwijam też osobny projekt związany z grami, „8DOODLES”, ale to już temat na inną rozmowę.

Nadal bardzo lubię ten moment, kiedy coś zaczyna się od prostego rysunku, nawet jeśli później przechodzi przez komputer, technologię i cały proces projektowy.

Komputer nie zastąpił u mnie rysowania. Raczej otworzył kolejny etap i dał nowe narzędzia do tego, co już wcześniej było częścią mojego życia.

K.T.: Pamiętasz moment, kiedy własne rysunki, pierwsze gazetki i punkowe ziny przestały być tylko młodzieńczą zabawą, a zaczęły prowadzić Cię w stronę prawdziwej pracy przy publikacjach i projektowaniu?

A. H.: Bardzo dobrze pamiętam moment, kiedy razem z przyjacielem stworzyliśmy własny punkowy zin. Dzisiaj może brzmieć to trochę zabawnie, ale wtedy był to dla nas cały świat. Własne teksty, rysunki, ilustracje i ręczne składanie wszystkiego po nocach dawały ogromną satysfakcję. Szkoda, że te materiały się nie zachowały, bo dziś byłyby świetną pamiątką.

Później zaczęły pojawiać się pierwsze bardziej poważne doświadczenia związane z projektowaniem i drukiem. Po liceum dostałem możliwość pracy przy materiałach reklamowych i gazetkach marketingowych rozprowadzanych na większą skalę. Dla wielu osób była to pewnie zwykła praca, ale dla mnie oznaczała pierwsze prawdziwe wejście do świata składu, druku i projektowania publikacji.

Ogromne wrażenie robił na mnie moment, kiedy gotowy projekt trafiał później do ludzi. Coś, co wcześniej istniało tylko na biurku albo ekranie komputera, nagle zaczynało funkcjonować własnym życiem.

Właśnie wtedy zacząłem rozumieć, że projektowanie nie jest dla mnie wyłącznie hobby. Coraz mocniej czułem, że w ten sposób najlepiej potrafię komunikować się z ludźmi i przekazywać emocje, informacje i atmosferę. Nie wiem, czy był jeden konkretny moment przełomowy. Raczej wiele małych sytuacji, które dopiero po czasie zaczęły układać się w całość.

Artur Heller z żoną Anią  odwiedzając Chicago

K.T.: Miałeś 23 lata, kiedy wyjechałeś do Stanów Zjednoczonych. Jak pamiętasz początki życia w USA?

A . H: Na początku nie myślałem o tym jeszcze jak o wielkiej życiowej historii. Pojawiła się niesamowita możliwość wyjazdu za ocean. Dla nas wszystkich było to coś ogromnego. Rodzice byli przerażeni, bo w tamtych czasach taki wyjazd oznaczał zupełnie inną rzeczywistość i ogromną odległość. A ja miałem poczucie, że moje dotychczasowe życie nagle zmienia kierunek.

Emigracja była jednym z najtrudniejszych doświadczeń w moim życiu. Dzisiaj taki wyjazd wygląda zupełnie inaczej. Są tanie loty, internet, rozmowy wideo, codzienny kontakt z rodziną. Wtedy człowiek naprawdę odcinał się od wszystkiego, co znał.

Do dziś pamiętam przylot do Chicago. Już samo wyjście z lotniska było ogromnym przeżyciem. Ktoś wychowany w Polsce lat 80. nagle trafiał do świata, który wcześniej znał głównie z filmów, magazynów i własnych wyobrażeń. Wszystko było większe, szybsze i zupełnie inne.

Początki były bardzo trudne. Moja pierwsza praca nie miała nic wspólnego z projektowaniem ani kreatywnością. Sprzątałem biurowce, doczyszczałem podłogi, myłem toalety, pracowałem nocami. To był bardzo twardy kontakt z rzeczywistością.

Dochodził do tego brak biegłej znajomości języka i ogromna tęsknota za rodziną. Bez internetu emigracja miała zupełnie inny ciężar. Rozmowy telefoniczne zamawiało się przez operatora. Były drogie, więc liczyło się każdą minutę. Pisało się listy i tygodniami czekało na odpowiedź.

Swoje listy pamiętam bardzo dobrze. Były długie, pełne opisów codziennego życia, miejsc, ludzi i sytuacji, które próbowałem przekazać rodzinie w Polsce. Wtedy pojawiły się też zdjęcia wywoływane w godzinę. Robiłem fotografie i jak najszybciej zanosiłem film do wywołania, żeby później wysłać odbitki do Polski.

Rodzinę zobaczyłem ponownie dopiero po jedenastu latach. Dzisiaj brzmi to prawie niewiarygodnie, ale dla wielu emigrantów tamtych czasów takie były realia.

Starałem się zrozumieć ten świat na swój sposób i traktować tę zmianę jako szansę, nawet jeśli nie zawsze było to łatwe. W Ameryce wiele rzeczy wydawało się możliwych. Do dziś uważam, że to miejsce ogromnych możliwości, jeśli człowiek nauczy się patrzeć na nie odpowiednio i nie zamknie się w strachu. Wielokulturowe społeczeństwo też robiło na mnie duże wrażenie. Inaczej odczuwało się tam człowieka jako jednostkę. Było mniej barier, mniej sztywnych schematów i więcej przestrzeni, żeby próbować.

Ważnym miejscem stało się dla mnie Barnes & Noble. Dla wielu osób była to po prostu księgarnia, dla mnie coś znacznie więcej. To był mój azyl, miejsce ucieczki od codzienności, pracy nocami i całego ciężaru emigracji. Potrafiłem spędzać tam całe godziny, oglądając albumy fotograficzne, magazyny oraz książki o projektowaniu, reklamie, podróżach czy naturze.

Wtedy nie rozumiałem jeszcze w pełni, co się we mnie układa. Po prostu chłonąłem obrazy, publikacje, okładki, układy stron i atmosferę tego miejsca. Dzisiaj widzę, że właśnie tam zaczęły kiełkować różne pomysły, które później wróciły w mojej pracy, projektach i sposobie myślenia o publikacjach.

Emigracja bardzo mnie zmieniła. Nauczyła mnie pokory, samodzielności i tego, że człowiek potrafi przetrwać znacznie więcej, niż wcześniej mu się wydaje.

K.T: W Chicago zacząłeś pracować w polonijnych mediach, między innymi przy „Kurierze Codziennym” i projektach dla „Polish News”. Jak wspominasz ten etap?

A.H.: Praca w polonijnych mediach w Chicago była dla mnie ogromną szkołą życia. Właśnie wtedy wiele wcześniejszych zainteresowań zaczęło łączyć się w coś bardziej konkretnego. Zobaczyłem media od środka, nie tylko jako gotową gazetę czy magazyn trafiający do czytelnika, ale jako cały proces, w którym uczestniczy wielu ludzi.

Kurier Codzienny” miał bardzo intensywny rytm. To była gazeta codzienna, która wcześnie rano musiała być już gotowa dla czytelników. Każdego dnia trzeba było zebrać informacje, przygotować materiały, złożyć strony, dopilnować reklam, korekt, druku i kolportażu. Nie było miejsca na odkładanie czegokolwiek na później. Uczyłem się tam pracy pod presją czasu i odpowiedzialności za to, co następnego dnia trafiało do ludzi.

Po raz pierwszy zobaczyłem, jak naprawdę funkcjonuje gazeta codzienna. Nie chodziło tylko o skład i projektowanie. Byli dziennikarze, redaktorzy, dział reklamy, drukarnia, kolportaż i ludzie, którzy pilnowali, żeby wszystko ukazało się na czas. W tym miejscu chciałbym też wspomnieć osoby, z którymi wtedy pracowałem, szczególnie redaktora naczelnego i nieżyjącego już właściciela. To byli ludzie, od których naprawdę dużo się nauczyłem.

Poznałem też bardzo dobrze środowisko Polonii w Chicago. To był ciekawy i emocjonalny świat, pełen różnych historii, doświadczeń emigracyjnych i ludzkich losów.

Duże wrażenie zrobiły na mnie drukarnie. Z kilkoma z nich miałem okazję współpracować i zobaczyć cały proces od projektu po gotowy nakład. Gazeta czy magazyn były wtedy czymś fizycznym i namacalnym. Widziałem efekt swojej pracy w tysiącach egzemplarzy, które później trafiały do ludzi. To dawało dużą satysfakcję.

Później pojawiła się również współpraca z magazynem „Polish News”. Projektowałem materiały reklamowe, publikacje i okładki. Jedną z nich pamiętam szczególnie mocno do dziś. Było to wydanie związane z wydarzeniami 11 września i płonącymi wieżami World Trade Center. Takie rzeczy zostają w człowieku na długo.

Dużym doświadczeniem była także możliwość odwiedzenia redakcji „Chicago Tribune” oraz „The Boston Globe”. Mogłem zobaczyć, jak pracują duże amerykańskie redakcje. To była zupełnie inna skala organizacji, tempa i odpowiedzialności. Dla kogoś, kto od dzieciństwa fascynował się publikacjami i mediami, było to coś wyjątkowego.

W tym samym czasie projektowałem też materiały reklamowe dla różnych firm i organizacji. Były to małe lokalne biznesy, ale też projekty związane między innymi z rozwijającą się wtedy ligą MLS w USA. Każde takie zlecenie było kolejną lekcją komunikacji wizualnej i pracy z ludźmi.

Gdzieś pomiędzy redakcją, drukarnią, nocnym składem gazet i rozmowami z ludźmi zaczęła pojawiać się myśl, że kiedyś chciałbym stworzyć własne wydawnictwo.

K.T.: Jakie projekty i doświadczenia najbardziej przygotowały Cię później do stworzenia Camerapixo Press?

A.H.: Camerapixo Press nie pojawiło się nagle. Zanim do tego doszło, przez wiele lat tworzyłem i współtworzyłem różne projekty, które krok po kroku budowały moje doświadczenie.

W Chicago współtworzyłem między innymi gazetę rajdową dla środowiska motoryzacyjnego. Później pojawiły się także własne pomysły na lokalne publikacje informacyjne, w tym „Chicago Info”, który miał być przewodnikiem po życiu w Chicago, wydarzeniach i miejscach ważnych dla Polonii.

Dużo nauczyła mnie również praca w jednej z chicagowskich agencji reklamowych. To właśnie tam poznałem świat reklamy wielkoformatowej, przygotowywania kampanii marketingowych i kompleksowej obsługi firm. Pojawiły się projekty związane z oklejaniem pojazdów, drukiem wielkoformatowym i komunikacją wizualną w znacznie większej skali.

Nie wszystkie projekty przetrwały próbę czasu. Niektóre trwały krótko, inne rozwinęły się inaczej, niż początkowo zakładałem. Każdy z nich zostawił jednak po sobie cenne doświadczenia związane z organizacją pracy, projektowaniem, komunikacją i budowaniem czegoś od podstaw.

Bardzo ważnym etapem była dla mnie wieloletnia współpraca przy rozwoju Global College of Natural Medicine oraz firmy DrNatura.com. To był niezwykle intensywny okres, który połączył edukację, marketing, publikacje i codzienną pracę z ludźmi.

Projektowałem materiały reklamowe, publikacje edukacyjne, gazety wewnętrzne oraz materiały szkoleniowe wykorzystywane przez studentów uczących się w systemie nauczania zdalnego. Właśnie wtedy zacząłem znacznie bardziej interesować się tym, jak układ treści, obraz, struktura publikacji i sposób przekazywania wiedzy wpływają na odbiorcę. Była to cenna lekcja nie tylko projektowania, ale również komunikacji i edukacji.

Z czasem zajmowałem się także fotografią marketingową i stworzyłem własne studio fotografii produktowej. Równolegle prowadziłem rozmowy z klientami z różnych części świata. Często były to bardzo osobiste rozmowy dotyczące zdrowia, problemów i codziennych wyzwań. To doświadczenie nauczyło mnie cierpliwości, uważności i słuchania ludzi.

Dzisiaj widzę, że szczególnie ważna była dla mnie ta część edukacyjno-wydawnicza. Nauczyłem się wtedy przygotowywać materiały dla osób, które uczą się samodzielnie, często zdalnie, bez bezpośredniego kontaktu z nauczycielem. Trzeba było myśleć nie tylko o wyglądzie strony, ale też o tym, czy ktoś naprawdę zrozumie treść, czy znajdzie właściwy rytm nauki i czy materiał będzie dla niego pomocny.

To doświadczenie wróciło później przy tworzeniu Camerapixo Press. Miałem już za sobą praktykę, która uczyła mnie łączenia obrazu, tekstu, układu strony i celu, jaki dany materiał ma spełnić.

K.T: Po wielu latach życia i pracy w USA wróciłeś z rodziną do Polski. Jak zrodził się pomysł na Camerapixo Press?

Sam pomysł nie pojawił się z dnia na dzień. Dojrzewał przez dłuższy czas. Wiedziałem jednak, że nie chcę budować tylko kolejnej galerii zdjęć w internecie. Takich miejsc zaczynało być coraz więcej.

Pierwszym etapem był portal fotograficzny, w którym fotografowie mogli zakładać profile i pokazywać swoje prace. To był ważny start, ale dość szybko poczułem, że sama obecność zdjęć w sieci nie wystarcza. Obrazy pojawiały się i znikały bardzo szybko. Brakowało mi czegoś bardziej trwałego.

Stąd pomysł na magazyn. Ten format był mi najbliższy, bo pozwalał nadać fotografiom kontekst, rytm i bardziej redakcyjną formę. Nie chodziło już tylko o pokazanie pojedynczych zdjęć, ale o stworzenie publikacji, do której można wrócić.

Na początku zapraszałem głównie fotografów z Polski. Pierwsze wydania były bardziej lokalne i trochę eksperymentalne. Obserwowałem reakcje ludzi na możliwość publikacji w cyfrowym magazynie. Dość szybko okazało się, że zainteresowanie jest większe, niż zakładałem.

Duże znaczenie miała wtedy technologia print-on-demand. Dzięki niej magazyn mógł istnieć nie tylko cyfrowo, ale także jako pojedynczo drukowany egzemplarz. Dla niezależnego wydawcy to była ogromna zmiana.

Przełomem było przejście na język angielski. To otworzyło Camerapixo na świat. Zaczęli zgłaszać się fotografowie z różnych krajów, z różnymi historiami i różnym sposobem patrzenia na fotografię.

Wtedy poczułem, że ten projekt może pójść dużo dalej, niż początkowo zakładałem. Nie jako zamknięte środowisko, ale jako otwarte miejsce dla ludzi, którzy chcą pokazywać swoją pracę i rozwijać się poprzez publikacje.

K.T.: Kiedy Camerapixo Press zaczęło przyciągać fotografów z różnych krajów, zmieniła się też skala całego projektu. Co było wtedy największym wyzwaniem?

A.H.: Największym wyzwaniem było chyba to, że nagle trzeba było myśleć nie tylko o samym magazynie, ale o całym zapleczu, które za nim stoi. Zgłoszeń było coraz więcej, fotografowie pisali z różnych krajów, dochodziły różne strefy czasowe, języki, oczekiwania i terminy.

Dużą częścią tej pracy była codzienna komunikacja. Odpowiadanie na wiadomości, przyjmowanie materiałów, wyjaśnianie zasad publikacji, przygotowywanie kolejnych wydań, korekty i organizacja całego procesu. Bywały okresy, kiedy praca trwała praktycznie przez całą dobę.

Bardzo ważne było też zaufanie. Fotografowie musieli czuć, że po drugiej stronie nie ma anonimowego systemu, tylko ktoś, kto naprawdę szanuje ich pracę. Dla wielu osób publikacja zdjęć była czymś ważnym i osobistym, więc nie można było traktować tego mechanicznie.

Osobnym wyzwaniem była selekcja materiałów. Nie chodziło tylko o wybór technicznie dobrych zdjęć. Każde wydanie musiało mieć swój rytm, atmosferę i spójność. Magazyn nie może być przypadkowym zbiorem fotografii. Trzeba było myśleć o kolejności, napięciu wizualnym, tematach i o tym, jak zdjęcia zaczynają ze sobą rozmawiać na stronach.

Od początku zależało mi również na niezależności. Nie chciałem budować magazynu wokół przypadkowych reklam ani pozwolić, żeby zewnętrzne firmy narzucały kierunek publikacji. Oczywiście oznaczało to większą odpowiedzialność organizacyjną i finansową, ale dawało też swobodę decyzji.

Obok uznanych fotografów pojawiali się poczatkujacy fotografowie, czasem dopiero szukający swojego miejsca, ale z bardzo ciekawym spojrzeniem.

To nie była już tylko praca nad kolejnym numerem magazynu. Za każdym zgłoszeniem stał człowiek, jego zdjęcia, historia i zaufanie, że pokażemy tę pracę z szacunkiem.

K.T.: Camerapixo Press rozwijało się coraz szybciej. Pojawiały się kolejne wydania, nowi fotografowie i coraz większy zasięg. W którym momencie poczułeś, że sam magazyn to już za mało?

A.H.: Myślę, że nastąpiło to w momencie, kiedy zobaczyłem, jak wiele osób wraca do nas regularnie. Setki fotografów publikowały swoje prace na łamach naszych magazynów, ale coraz częściej zapotrzebowania nie dotyczyły już samej publikacji.

Jedni pytali o portfolio. Inni o promocję swojej pracy, budowanie własnej marki, możliwości publikacji czy rozwój zawodowy. Zauważyłem, że wielu twórców potrzebuje czegoś więcej niż jednorazowego miejsca do pokazania zdjęć.

Magazyn był ważny, ale zaczynał być tylko jednym z elementów większej całości.

Coraz częściej myślałem o stworzeniu niezależnego medium i platformy, która będzie wspierała twórców na różnych etapach ich rozwoju. Miejsca, które nie kończy się na publikacji zdjęć, ale daje również narzędzia, edukację, możliwości prezentacji własnej pracy i budowania wiarygodności zawodowej.

To właśnie z tych obserwacji zaczęły później wyrastać kolejne projekty. Nie dlatego, że od początku istniał wielki plan, ale dlatego, że pojawiały się konkretne potrzeby ludzi, z którymi pracowaliśmy każdego dnia.

K.T.: Skąd wziął się pomysł na Press ID Card i dlaczego stał się tak ważną częścią Camerapixo Press?

A.H.: Pomysł na Press ID Card pojawił się w czasie, kiedy projekt było już znany głównie z publikacji fotograficznych i magazynów. Przez nasze wydania przewinęły się setki fotografów z różnych krajów, a ja coraz częściej rozmawiałem z ludźmi, którzy działali samodzielnie i budowali własne projekty.

Wielu z nich fotografowało wydarzenia, podróżowało, tworzyło reportaże, publikowało własne materiały lub prowadziło blogi. Bardzo często słyszałem jednak podobne pytania. Jak profesjonalnie przedstawić swoją działalność? Jak pokazać organizatorowi wydarzenia, że działa się poważnie? Jak uporządkować swoją obecność jako twórca?

Właśnie z tych rozmów zaczął rodzić się pomysł na Press ID Card.

Od początku wiedziałem jednak, że nie chcę tworzyć wyłącznie plastikowej karty noszonej na szyi. Takich rozwiązań było już wiele. Bardziej interesowało mnie stworzenie narzędzia, które pomaga budować wiarygodność i profesjonalną obecność ludzi działających poza tradycyjnymi strukturami medialnymi.

Dlatego Press ID Card od początku rozwijało się jako coś więcej niż sama identyfikacja. Ważne stały się profile online, możliwość prezentacji własnej pracy, publikacji i doświadczenia. Chciałem stworzyć rozwiązanie wspierające fotografów, freelancerów, dokumentalistów, twórców internetowych i osoby realizujące własne projekty.

Oczywiście nie wszystkim się to podobało. W środowisku fotograficznym pojawiały się głosy krytyki, szczególnie ze strony osób mocno związanych z tradycyjnym modelem współpracy z redakcjami. Niektórzy uważali, że tylko fotograf pracujący dla konkretnej gazety, magazynu czy agencji powinien posługiwać się tego typu identyfikacją.

Ja patrzyłem na to inaczej. Widziałem, że świat mediów bardzo się zmienia. Coraz więcej wartościowych materiałów tworzyli ludzie działający samodzielnie. Nie byli związani etatem z żadną redakcją, a mimo to publikowali reportaże, dokumentowali wydarzenia, prowadzili własne projekty i budowali własne społeczności.

Nie chciałem zatrzymywać się na tych głosach krytyki. Wiedziałem, że Press ID Card może otworzyć drzwi wielu twórcom, którzy wcześniej nie mieli podobnego wsparcia ani własnego zaplecza.

Z czasem okazało się, że korzystają z niego nie tylko fotografowie. Pojawili się filmowcy, blogerzy, podróżnicy, dokumentaliści oraz osoby prowadzące własne projekty edukacyjne i społeczne.

Istotna była również kwestia wiarygodności. Dlatego zacząłem rozwijać system weryfikacji, profile online i rozwiązania, które pomagają organizatorom wydarzeń sprawdzić aktualny status identyfikacji.

Ważne jest też to, że Press ID Card nie funkcjonuje jako jednorazowy produkt, tylko jako część płatnego członkostwa i szerszego systemu wsparcia. Dzięki temu możemy rozwijać serwis, aktualizować narzędzia, pomagać członkom w przygotowywaniu dokumentów akredytacyjnych, potwierdzać ich współpracę z naszą redakcją i udostępniać system weryfikacji po numerze karty. Członkowie mogą również publikować swoje prace w naszych magazynach, a to z czasem buduje ich wiarygodność wobec organizatorów wydarzeń i osób odpowiedzialnych za akredytacje.

Najciekawsze było jednak obserwowanie ludzi, którzy dzięki temu projektowi zaczynali inaczej patrzeć na własną pracę. Dla wielu osób był to pierwszy moment, kiedy ich działalność zaczynała nabierać bardziej profesjonalnego charakteru.

Patrząc dzisiaj na Press ID Card, widzę w nim nie tyle sam produkt, co narzędzie wspierające ludzi, którzy próbują budować własną drogę w świecie mediów, fotografii i nowoczesnej komunikacji.

Artur Heller z żoną Anią, ponownie w USA

K.T.: Camerapixo Press działało już bardzo prężnie. Dlaczego uznałeś, że kolejny etap lepiej będzie realizować ponownie w USA?

Myślę, że osoby, które raz naprawdę wyjadą i spędzą dużą część życia poza krajem, zaczynają inaczej odczuwać pojęcie domu. Człowiek wraca, próbuje się na nowo zakorzenić, ale część niego nadal żyje gdzie indziej. To chyba taki syndrom emigranta albo nomady. Nie chodzi o brak przywiązania do miejsca, tylko o to, że po pewnym czasie trudno już patrzeć na świat z jednej perspektywy.

W Polsce spędziłem wiele ważnych lat. To tam powstały pierwsze magazyny i pojawił się projekt Press ID Card. To był bardzo ważny etap tej pracy.

Z czasem coraz mocniej czułem jednak, że kolejny rozdział chcę budować ponownie w Stanach. Nie jako powrót do punktu wyjścia, ale jako kontynuację drogi, która zaczęła się dużo wcześniej. USA zawsze kojarzyły mi się z ruchem, różnorodnością i możliwością zaczynania od nowa. Dla kogoś, kto przez większość życia funkcjonował pomiędzy różnymi miejscami, taki sposób myślenia jest bardzo naturalny.

Zawsze miałem też w sobie opór wobec narzucania jednego, schematycznego sposobu życia. Nie lubię, kiedy otoczenie próbuje mówić człowiekowi, jak ma żyć, pracować i rozwijać się. Taki schemat częściej ogranicza, niż pomaga. Myślę, że dlatego kiedyś wybrałem emigrację, a później przez całe życie szukałem własnego sposobu na pracę, podróżowanie i poznawanie świata. A prawda jest taka, że w chwili obecnej nie wiem gdzie będzie nasze docelowe miejsce.

K.T.: Przez lata obserwowałeś fotografów, freelancerów, przedsiębiorców i twórców z różnych branż. Jak narodził się pomysł na DigiCardOne?

A.H.: DigiCardOne powstało z bardzo praktycznej potrzeby. Wiele osób ma problem z prostym i uporządkowanym pokazaniem tego, kim są, czym się zajmują i gdzie można zobaczyć ich pracę.

Dotyczyło to fotografów, freelancerów, małych firm, twórców internetowych i ludzi pracujących niezależnie. Ktoś miał dobre portfolio albo ciekawy projekt, ale kiedy trzeba było szybko pokazać to drugiej osobie, zaczynał się chaos. Różne linki, profile, strony internetowe i materiały były rozproszone w wielu miejscach.

Przez lata wystarczała tradycyjna wizytówka z numerem telefonu i adresem strony internetowej. Dzisiaj to już za mało. Ludzie mają portfolio, publikacje, profile społecznościowe, materiały wideo, sklepy internetowe, a często także kilka projektów rozwijanych równocześnie.

DigiCardOne stało się czymś pomiędzy wizytówką, prostą stroną internetową i centrum kontaktu. Jednym miejscem, które można szybko udostępnić za pomocą linku, kodu QR albo technologii NFC.

Od początku projektowałem DigiCardOne z myślą o telefonach komórkowych. Dzisiaj trudno funkcjonować bez smartfona. To w nim mamy kontakty, wiadomości, zdjęcia, profile, płatności, mapy i dużą część codziennej komunikacji. Dlatego taka wizytówka musiała działać szybko, czytelnie i wygodnie właśnie na ekranie telefonu.

Ważna była dla mnie również estetyka. Jako grafik zawsze uważałem, że pierwsze wrażenie ma znaczenie. Czasem prosty i dobrze zaprojektowany układ potrafi powiedzieć o człowieku więcej niż rozbudowana strona internetowa pełna przypadkowych informacji.

Od początku nie myślałem o DigiCardOne wyłącznie jako o rozwiązaniu dla fotografów. Dość szybko zaczęły korzystać z niego również małe firmy, lokalne biznesy, konsultanci, restauracje, agenci nieruchomości i osoby budujące własną markę.

Podoba mi się w tym projekcie to, że taka cyfrowa wizytówka rozwija się razem z człowiekiem albo firmą. Można bardzo szybko aktualizować informacje bez konieczności drukowania wszystkiego od nowa. W przypadku zespołów łatwo dodawać nowych członków, osoby współpracujące albo kolejne profile pod jedną marką.

Dla mnie DigiCardOne jest przede wszystkim narzędziem pierwszego kontaktu. Pomaga spokojnie i przejrzyście pokazać najważniejsze informacje, ułatwia dalszą komunikację i porządkuje sposób, w jaki ktoś prezentuje siebie, swoją pracę albo firmę.

Po powstaniu DigiCardOne cały ekosystem Camerapixo Press zaczął układać się jeszcze wyraźniej. Publikacje, Press ID Card, profile, narzędzia kontaktu i prezentacji zaczęły tworzyć jedną całość, która daje użytkownikom więcej możliwości niż pojedynczy produkt.

K.T.: Materiały edukacyjne Camerapixo Press w Akademii Online nie są typowym kursem fotograficznym. Gdzie „bije źródło” tego projektu nauki?

A.H.: Nie chciałem tworzyć szkoły opartej wyłącznie na ustawieniach aparatu, sprzęcie i technicznych poradach. Takich materiałów jest bardzo dużo. Mnie bardziej interesowało to, co dzieje się wcześniej, zanim człowiek naciśnie spust migawki.

Przez lata widziałem osoby z doskonałym sprzętem, których zdjęcia były poprawne technicznie, ale nie zostawiały większego śladu. Widziałem też ludzi fotografujących bardzo prostym aparatem albo telefonem, którzy potrafili uchwycić moment, emocję albo atmosferę miejsca. To pokazywało mi, że sama technika nie wystarczy.

Duże znaczenie miały tutaj moje wcześniejsze doświadczenia z materiałami edukacyjnymi. Przy pracy nad publikacjami dla studentów uczących się zdalnie nauczyłem się, że dobry materiał musi być przejrzysty, praktyczny i możliwy do samodzielnego wykorzystania. Nie może tylko dobrze wyglądać. Musi pomagać człowiekowi coś zrozumieć.

Dlatego w akademii ważne są nie tylko lekcje, ale też zadania, karty pracy, krótkie wyzwania i materiały, do których można wracać. Chciałem, żeby nauka była bliżej praktyki, a nie tylko teorii.

Coraz mocniej idziemy teraz w stronę nauki na telefonach komórkowych, krótkich form i połączenia tekstu z audio. Audio jest dla mnie bardzo ważne, bo nie każdy chce albo może cały czas czytać. Dobrze przygotowana narracja może być świetnym uzupełnieniem lekcji, pomaga wejść w temat i wrócić do niego później.

Większość nowych materiałów w akademii będzie opierała się właśnie na tym modelu: tekst, audio, krótkie zadania i drukowane dzienniki do notatek. Takie journal pages można łatwo wydrukować, włożyć do segregatora i wracać do nich podczas nauki.

Część kursów będzie kończyć się egzaminem oraz wewnętrznym certyfikatem wydawanym przez Camerapixo Press, działające w ramach „Independent Visual Journalism Association”, czyli w skrócie „IVJA”.

K.T.: Technologia zmienia się dziś szybciej niż kiedykolwiek wcześniej. Jak odnajdujesz się w tych zmianach?

A.H.: Podchodzę do technologii bardzo praktycznie. Nie traktuję jej jak zagrożenia, ale jak narzędzie, które może przyspieszyć pracę, pomóc w organizacji, analizie, porządkowaniu materiałów i rozwijaniu różnych koncepcji.

Obecnie korzystamy z AI przy pracy nad projektami, ale nie po to, żeby zastąpić człowieka. Dla mnie nadal najważniejsze są pomysł, doświadczenie, emocje i sposób patrzenia na świat. To człowiek decyduje, co ma sens, co jest prawdziwe i jaki kierunek powinien obrać projekt.

Nie wierzę, że AI zastąpi człowieka w sferze emocjonalnej. Może pomóc w procesie, może przyspieszyć wiele etapów, ale nie przeżyje za nas życia, nie zbuduje własnych wspomnień i nie poczuje drugiego człowieka w taki sposób, jak robi to człowiek.

Technologia będzie się zmieniać, tak jak zmieniała się przez całe moje życie. Ale dobra komunikacja, zaufanie, wyczucie i prawdziwy kontakt z drugim człowiekiem nadal pozostaną najważniejsze.

Państwo Heller w Sedonie, Arizona

K.T.: Wspominałeś, że wiele projektów rozwijacie wspólnie jako „Camerapixo Team”. Jak ważne było dla Ciebie wsparcie żony?

A.H.: Bardzo ważne. Tego wszystkiego nie da się budować samotnie przez lata, szczególnie kiedy rozwija się niezależne projekty, które wymagają ogromnej ilości czasu, energii i cierpliwości.

Moja żona Anetta od lat jest częścią tej drogi. Wspólnie rozwijamy Camerapixo Press jako zespół, choć wiele osób widzi później tylko gotowy magazyn, publikację albo nowy projekt. Nie widzi natomiast tych wszystkich rozmów, planowania, decyzji, problemów technicznych, zwątpień i codziennej pracy, która stoi za tym wszystkim.

Najważniejsze było dla mnie to, że obok jest ktoś, kto naprawdę rozumie tę drogę. Kto wie, ile pracy wymaga niezależny projekt i potrafi wspierać nawet wtedy, kiedy na zewnątrz jeszcze nie widać efektów.

Są momenty, kiedy jedna osoba ma więcej energii i pociąga drugą do przodu. Innym razem role się odwracają. Przy projektach rozwijanych przez tyle lat ma to ogromne znaczenie.

Moja żona jest również bardzo kreatywną osobą. Od początku potrafiliśmy rozmawiać o pomysłach, publikacjach, rozwoju platformy czy nowych kierunkach. Dzięki temu Camerapixo Press nigdy nie było dla mnie tylko biznesem. Było wspólną drogą i wspólną pracą nad czymś, w co oboje wierzymy.

Z wiekiem inaczej patrzy się na sukces. Oczywiście rozwój projektu, publikacje i rozpoznawalność są ważne. Ale dzisiaj coraz większą wartość mają dla mnie ludzie, relacje i to, czego uczymy się od siebie nawzajem.

Widzę to również w naszych dzieciach, które są już dorosłe. Philip (20 lat), Michael (24 lata). Idą własną drogą i patrzą na świat po swojemu. Staramy się z żoną dzielić doświadczeniem i wspierać je w podejmowaniu własnych decyzji, ale nie narzucać im naszego sposobu myślenia.

To ciekawe doświadczenie, bo przez lata człowiek przyzwyczaja się do roli osoby, która przekazuje wiedzę. Tymczasem z wiekiem zaczynam dostrzegać, jak wiele można nauczyć się również od własnych dzieci. Ich spojrzenie na świat, technologię, pracę czy relacje często różni się od mojego, a właśnie dzięki temu pozwala spojrzeć na wiele rzeczy z zupełnie innej perspektywy.

Jako zespół chcielibyśmy też podziękować wszystkim fotografom, którzy przez lata są częścią naszego projektu. Bez Was Camerapixo Press nie byłoby tym, czym jest dzisiaj. Każda rozmowa, publikacja i wspólny projekt pozostawiły po sobie ślad. Jesteśmy za to naprawdę wdzięczni.

K.T.: Gdybyś dziś mógł powiedzieć coś temu chłopakowi, który kiedyś stał przed kioskiem, rysował w zeszytach i marzył o własnym świecie, co powiedziałbyś jemu i ludziom, którzy wciąż odkładają swoje pomysły na później?

A.H.: Powiedziałbym mu przede wszystkim, żeby nie bał się być sobą. Nie próbował za wszelką cenę dopasować się do innych ludzi i cudzych oczekiwań.

Kiedy człowiek jest młody, często wydaje mu się, że musi iść tą samą drogą co wszyscy. Dopiero później zaczyna rozumieć, że właśnie te rzeczy, które nas odróżniają, bardzo często stają się naszą siłą.

Powiedziałbym mu też, żeby nie lekceważył małych rzeczy. Książek, podróży, przypadkowych sytuacji i decyzji. W chwili, kiedy się dzieją, często nie mają jeszcze wielkiego znaczenia. Dopiero po latach widać, że to one budowały kierunek.

Droga do czegoś własnego prawie nigdy nie jest prosta. Są trudne momenty, zmęczenie, błędy, projekty, które się nie udały, i chwile, kiedy trzeba zaczynać od początku. Ale właśnie te doświadczenia uczą najwięcej.

Ludziom, którzy mają w sobie pomysły, powiedziałbym jedno: nie czekajcie na idealny moment. On bardzo często nie przychodzi. Nie trzeba od razu wiedzieć wszystkiego ani mieć gotowego planu. Czasem wystarczy jeden mały krok: jedno zdjęcie, jeden projekt, uporządkowanie portfolio, rozmowa z kimś, kto spojrzy na naszą pracę inaczej.

Powiedziałbym też, żeby nie dali się zamknąć w cudzym scenariuszu życia. Rodzina, szkoła, środowisko czy praca często próbują nas włożyć w określone schematy. Czasem wynika to z troski, czasem z lęku, czasem z przyzwyczajenia. Ale każdy człowiek ma inną wrażliwość, inne potrzeby i własny sposób rozumienia świata.

Szacunek do innych jest ważny, szczególnie do rodziny i osob, które chcą dla nas dobrze. Ale szacunek nie powinien oznaczać rezygnacji z siebie. Jeśli przez całe życie realizujemy cudzy plan, możemy kiedyś poczuć, że nie przeżyliśmy własnego życia.

Po tylu latach nadal bliskie jest mi łacińskie zdanie, którego uczyłem się jeszcze w szkole średniej: per aspera ad astra, czyli „przez trudności do gwiazd”.

Dobrze opisuje nie tylko moją drogę, ale też drogę wielu ludzi, którzy mimo różnych przeciwności próbują tworzyć coś własnego i iść dalej.

Camerapixo Press ID Cards. Magazines and books. We inspire.

 

OD REDAKCJI POLISH NEWS

Ta rozmowa nie jest tylko historią o fotografii, emigracji czy budowaniu własnego projektu. Jest raczej opowieścią o człowieku, który przez lata uczył się przekładać swoje doświadczenia na konkretne działania.

W historii Artura widać wiele etapów. Każdy z nich pozostawił ślad. Camerapixo Press zaczęło się od pasji do obrazu, ale z czasem stało się czymś znacznie szerszym; miejscem publikacji, narzędzi, edukacji i wsparcia dla ludzi, którzy chcą działać niezależnie.

Dziękuję za rozmowę i za podzielenie się historią, w której sukces nie jest prostym finałem, ale procesem budowanym przez lata, decyzje, błędy, pracę i ludzi spotkanych po drodze.

Krystyna Teller
wydawca polishnews.com