Polska na wirażu historii
Z Józefem Ruszarem, literaturoznawcą, wykładowcą akademickim i publicystą, rozmawia Marek Ruszczyński
– W jakim momencie historycznym jest Polska?
– W gwałtownie zmieniającym się świecie Polska znalazła się na wirażu historii – w centrum gwałtownych przemian geopolitycznych ostatnich kilku lat, które pod znakiem pytania postawiły niepowstrzymany rozwój kraju, widoczny po roku 1989.
– Czy Polska, rozpoczynając zmiany polityczne w 1989 r., osiągnęła sukces czy też mogła mieć lepszą sytuację? Innymi słowy: jak oceniasz zmiany, jakie zaszły na przestrzeni ponad 35 lat? Czy możemy mówić o gospodarczym sukcesie Polaków.
– W czasie 30-letniego pokoju Polacy umiejętnie wykorzystali dwa parasole: europejski (ekonomiczny) i amerykański (militarny). Najpierw były przygotowania do wejścia do Unii Europejskiej, rozumianej jako gwarant stabilizacji ekonomicznej i politycznej oraz możliwość dynamicznego rozwoju gospodarki, dzięki wpasowaniu i korzystaniu ze wspólnego rynku. Polacy zaszokowali swoją pracowitością i operatywnością. Zdumiewała zawziętość pokolenia „Solidarności”, ich pracowitość (Polacy do niedawna pracowali najwięcej godzin w tygodniu), a także wyrzeczenia ludzi doświadczonych socjalistyczną gospodarką niedoboru, którzy zrobili wszystko, aby wyprowadzić siebie (a pośrednio kraj) z biedy. Koszty społeczne i gospodarcze były wysokie, a mimo to się udało.
Wejście do Unii zostało okupione kolonizacją polskiego przemysłu i handlu przez silniejsze podmioty krajów Unii (przede wszystkim z Niemiec, ale również Francji i Anglii będącej do niedawna członkiem UE), ponieważ w Polsce nie było kapitału. Po drugie, dwa miliony Polaków wyjechało za pracą do zamożniejszych krajów (głównie Niemiec i Anglii, ale właściwie wszędzie) i dopiero w ostatnim dziesięcioleciu niektórzy wrócili, jak się dorobili, ale to najwyżej jedna czwarta. Dodajmy, że wyjechali najbardziej operatywni, a w okresie stanu wojennego, w latach 80-tych milion aktywnych działaczy opuściło kraj liczący 35-37 milionów mieszkańców. Upływ krwi był znaczny. Kolejnym kosztem był dziki kapitalizm pierwszych 15-20 lat odzyskanej niepodległości. Jeśli można do czegoś porównać Polaków w Unii, to do ambitnych legalnych emigrantów w USA, którzy ciężka pracą „dochodzą do czegoś”. Tyle, że dochodzi czynnik pozaindywidualny, czyli bogacenie się zbiorowości jako całość (kraj). Niektórzy twierdzą, że Polska gospodarka zwyciężyła mimo istnieniu państwa i akcji kolejnych rządów, a nie z powodu ich zasług.
Ten okres mamy za sobą. Prosperity nadal jest i dynamizm gospodarczy większy niż w innych krajach Unii, ale katastrofalna polityka Unii spowodowała zahamowanie gospodarczego rozwoju, głównie za sprawą biurokratyzacji gospodarki (głupawe normy i nadregulacja) oraz najwyższych cen energii (aberracyjna polityka klimatyczna). Są też zmiany społeczne i mentalne. Pokolenie urodzone w dobrobycie nie chce tak strasznie pracować jak rodzice i dba o „work and life balance” (to określenie jest w Polsce znane i używane w języku angielskim!), co stało się również kwestią podziału społecznego – zderzenia mentalnego między pokoleniem 50-, 70-latków (workoholików) z pokoleniem „Z” (urodzonym i wychowanym w dobrobycie), oskarżanym o lenistwo przez starszych.
– Jaka rysuje się przyszłość?
– Dalszy rozwój Polski staje pod znakiem zapytania zarówno z powodów zewnętrznych, jak społecznych. Pierwszym plusem jest powolne wytwarzanie kapitału – po raz pierwszy od dziesięcioleci rodzice mają coś do pozostawienia swoim dzieciom i umożliwiają im start nie od zera. Drugim skutkiem jest rozbudzenie oczekiwań społecznych, spowodowanych zwłaszcza prorozwojowymi akcjami rządu PiS, którego ambitne plany przeskoczenia etapu zwanego „pułapką średniego rozwoju” znalazły poklask. I tu zastrzeżenia: po pierwsze rządy PiS-u nie spełniły wszystkich ambitnych zamierzeń, a po drugie rządy Platformy Obywatelskiej są pod tym względem zastojem (rezygnacja z wielkich inwestycji, jak CPK czy elektrownie atomowe), a poza tym zwykłe administrowanie zamiast aktywności gospodarczej. Ten trend się załamał faktycznie, ale młodsi politycy (zwłaszcza prawicowi) chcą go wykorzystać jako lewar polityczny. Czy odniosą zwycięstwo? – nie wiadomo.
– Co do wstąpienia do NATO nie ma zasadniczych różnic między Polakami. Inaczej jest w przypadku wstąpienia do Unii Europejskiej? Jaki jest bilans 22 lat członkostwa Polski w UE?
– Bilans przynależności do Unii jeszcze niedawno był odczuwany jako pozytywny, ale obecnie jest podważany z dwóch powodów: polityki gospodarczej oraz ideologicznego zacietrzewienia. Ta pierwsza jest uznawana za szaleńczą i hamującą rozwój całej Europy, zarówno pod względem rozwoju technologii, jak wolności gospodarczej – stąd sprzeciw przedsiębiorców (przede wszystkim chodzi o tzw. „politykę klimatyczną”). Zwycięstwo agendy lewicowo-liberalnej w dziedzinie polityki społecznej i stanowienia prawa budzi sprzeciw postaw tożsamościowych, które zazwyczaj w mediach tradycyjnych (z przewagą liberalno-lewicową) są określane jak „konserwatywne” czy „ultraprawicowe”. W rezultacie w Polsce jak w całej Europie (Włochy mają prawicowy rząd, a niedługo zwycięstwo prawicy oczekiwane jest w Niemczech i we Francji) większość społeczeństwa skłania się ku tradycjonalizmowi, a lewica jest oskarżana o próbę zwiększenia populacji o nielegalnych imigrantów, aby zniszczyć europejskie tradycje oraz zdobyć sobie przychylnych wyborców (tak się dzieje np. w Hiszpanii, gdzie lewicowy rząd w przyspieszony sposób nadaje obywatelstwo nielegalnym imigrantom). Sprzeciw też budzi wpływanie urzędników z Brukseli na wybory w poszczególnych krajach Unii, zwłaszcza w Rumunii (unieważnienie wyborów prezydenckich pod fałszywymi zarzutami), Polsce (akcje Brukseli przeciwko rządowi PiS oraz finansowanie kampanii wyborczej PO), a ostatnio na Węgrzech.
– Od pięciu lat sytuację w Polsce determinuje wojna na Ukrainie. W 2022 roku Polska szybko i jednoznacznie stanęła po stronie Ukrainy. Dużo się jednak zmieniło…
– Zmiana militarno-polityczna – światowa i europejska – również niekorzystnie odbiła się na pozycji Polski. Wojna na Ukrainie spowodowała, że Polacy rzucili się pomagać sąsiadom. Pod tym względem pierwsze trzy lata rosyjskiej agresji połączyły społeczeństwo mimo ostrych podziałów politycznych i ideologicznych (a pamiętajmy, że historia dzieli te narody). Polska już od grudnia 2021 roku, na kilka miesięcy przed atakiem na Kijów, wsparła militarnie Ukraińców dostarczając broń i amunicję (zanim z Ramstein przyszły uzupełnienia, polskie magazyny opustoszały na skutek gwałtownych dostaw na Ukrainę). W początkach 2022 roku kilka milionów Ukraińców (głównie kobiet i dzieci) znalazło schronienie w polskich domach i atmosfera była jak za czasów pierwszej „Solidarności”. Wyrazem tego był niewielki procent uchodźców, którzy musieli przebywać w naprędce zorganizowanych ośrodkach dla uchodźców (także tych prywatnych, organizowanych przez korporacje), bo większość obcych została przyjęta do prywatnych domów. Ten zryw pobratymczej solidarności współdziałał z działaniami państwa – z wszelkiego rodzaju pomocą i przywilejami (automatycznym pozwoleniem na pracę, przywilejami socjalnymi jak dotacje na dzieci i darmowa służba zdrowia, itp.). Przemieszczające się grupy Ukraińców w początkowym okresie miały nawet przywilej darmowego transportu publicznego w całej Polsce, co pozwoliło na szybkie rozlokowanie uchodźców po kraju, a także przemieszczenie się do innych państw Unii.
Zrównanie Ukraińców-uchodźców z prawami socjalnymi polskich obywateli spotkało się z początkowym przyzwoleniem społecznym, ale różnego rodzaju nadużycia, zmęczenie finansowaniem ukraińskiego państwa oraz nierozwiązany konflikt historyczny (rzeź wołyńska) spowodowały, że obecnie nastroje się zmieniły, zwłaszcza z powodu kultu zbrodniczych organizacji faszystowskich mordujących Polaków w czasie drugiej wojny światowej. Na Zachodzie (zwłaszcza w Ameryce) wiedza o UPA i innych formacjach zbrojnych współdziałających z Hitlerem jest minimalna.
– Nie wszyscy w Europie byli wobec Ukrainy tak jednoznaczni jak Polacy. Dlaczego?
– Z czysto politycznego i militarnego punktu widzenia ważne były działania rządu popierające obronę Ukrainy. Po pierwsze, dynamiczna akcja rządu PiS oraz ówczesnego prezydenta Andrzeja Dudy przeszkodziła zwycięstwu bierności państw Unii. Paryż, Berlin, a co za tym idzie, Bruksela początkowo czekały na upadek Kijowa nie tylko biernie, ale z nadzieją, mając na uwadze swoje gospodarcze interesy z Rosją (nie zapominajmy, że Niemcy za czasów Angeli Merkel uzależnili się od rosyjskich węglowodorów, a supremacja niemieckiego przemysłu była możliwa z powodu taniej ropy i gazu). Tylko kraje dawnej Europy Wschodniej (z wyjątkiem Węgier i Słowacji – państw uzależnionych od rosyjskich dostaw gazu i ropy) stanęły po stronie Ukrainy i współdziałając z USA aktywnie pomagały militarnie Ukrainie. Rola Polski jako hubu w tej dziedzinie wynikała z racji położenia geograficznego oraz potencjału gospodarczo-militarnego. Poza Polską wyróżniały się Czechy i Rumunia (ta ostatnia ze względu na słabą infrastrukturę komunikacyjną nie była w stanie transportować takiej ilości pomocy militarnej, chociaż geograficznie ma dobre położenie strategiczne).
Polska dzięki dynamicznej gospodarce i sporych zasobach finansowych natychmiast poczyniła szybkie zakupy sprzętu wojskowego w USA (czołgi i samoloty, zwłaszcza Abramsy, F-16 i F-35, których pierwsze egzemplarze dopiero teraz się pojawiają), a także z Korei Południowej (też czołgi i samoloty). Pod względem wojsk pancernych i lotnictwa Polska jest dobrze zaopatrzona, a członkostwo w NATO (które zasadniczo nie jest kwestionowane) daje pewne poczucie bezpieczeństwo. Niektórzy uważają, że złudne.
– Jak oceniasz sojusz polsko-amerykański? Czy Ameryka jest rzeczywiście jedynym gwarantem bezpieczeństwa Polski? Czy możemy mówić o końcu amerykańskiej hegemonii militarnej?
– Pierwsza argumentacja dotyczy pozycji USA jako hegemona. To, że amerykańska armia nie jest już zdolna do obrony całego zachodniego świata jest jasna, zwłaszcza z powodów przesunięć geopolitycznych. O ile parasol atomowy nie jest kwestionowany (choć zawsze istnieje pytanie czy jakikolwiek prezydent USA zaryzykuje globalną wojnę nuklearną w obronie jednego z sojuszników, narażając swych obywateli na odwet tego samego rodzaju), to już jest oczywiste, że sojusznicy muszą wziąć większą odpowiedzialność za wojnę konwencjonalną.
W Polsce raczej się rozumie, że Amerykanie nie będą ginąć w obronie Polski zamiast Polaków. Ale co innego rozumieć sprawy oczywiste, a co innego odwaga polityków, by wprowadzić powszechne szkolenie wojskowe (albo przynajmniej wybiórcze), które jest i kosztowne, i niepopularne. Czasami dochodzi do nieporozumień, które polegają na tym, że utożsamia się powszechny pobór z powszechnym przeszkoleniem, a pobór rozumie się według schematów PRL.
Jako człowiek, który przeszedł szkolenie Ludowego Wojska Polskiego znam ten stopień aberracji (opublikowałem książkę „Czerwone pająki. Dziennik żołnierza LWP”). Dwuletnie szkolenie było fikcją, a poziom wyszkolenia bliski zeru. Co najmniej rok, jeśli nie półtora roku, to był czas stracony i wykorzystywanie darmowej siły roboczej na polach Państwowych Gospodarstw Rolnych, które bez tej pracy nie byłyby w stanie przeprowadzić żniw zbóż, zbioru ziemniaków czy buraków cukrowych. Podobnie żołnierzy używano do naprawy dróg i mostów, nie mówiąc już o budowaniu wielkich fabryk. Poza tym brakowało pieniędzy na szkolenie, nie mówiąc już o amunicji, więc większość strzelców, czołgistów czy artylerzystów nie umiała strzelać. W rezultacie LWP było armią niezdolną do poważnych działań militarnych i mogło funkcjonować jedynie jako mięso armatnie, jak się to dzisiaj dzieje z rosyjską armią na Ukrainie: tak zwane „mięsne ataki” służą umniejszaniu zapasów amunicji po stronie zawodowego wojska Ukrainy.
– Jak silna jest polska armia?
– Niepopularność „poboru”, a właściwie dobrego przeszkolenia powoduje, że Polska ma zbyt małą armię zawodową i nie posiada żadnych rezerw, ponieważ mężczyźni, którzy mieli karabin w ręku mają obecnie blisko 50 lat, a na dodatek było to wiele lat temu. Wyśmiewane przez Platformę Obywatelską „wojsko Macierewicza” (ministra z czasów PiS-u, który zaczął je tworzyć) to obecnie ochotnicza formacja (Wojska Obrony Terytorialnej) w sile kilkudziesięciu tysięcy młodych ludzi z podstawowym przeszkoleniem wojskowym, najczęściej używana podczas klęsk żywiołowych. Tak więc Polska posiada obecnie bardzo szczupłe zawodowe siły zbrojne, choć dobrze przeszkolone i wyposażone w bardzo drogi sprzęt – głównie amerykański i koreański. Politycy chwalą się zakupami oraz potęgą Stanów Zjednoczonych, przemilczając swoją bezczynność i tchórzostwo.
Obecna władza Koalicji Obywatelskiej (dawniej PO), zaciągnęła gigantyczny kredyt w europejskich bankach (głównie niemieckich, francuskich i włoskich, choć formalnie to jest dług europejski) SAFE na zakup i produkcję broni w europejskich fabrykach zbrojeniowych (z wyłączeniem krajów spoza UE), co stało się przedmiotem sporu ze względu na rozmiar gigantycznej pożyczki, nieznane oprocentowanie, tajność zakupu oraz zapóźnienie technologiczne. Sprzeciw wyraził prezydent (veto Karola Nawrockiego), ale wbrew konstytucji rząd Donalda Tuska zaciągnął pożyczkę, argumentując, że przyczyni się do rozwoju polskiej produkcji zbrojeniowej (która istnieje w bardzo ograniczonym zakresie).
Dzisiejsza opozycja argumentuje, że finansujemy największe firmy zbrojeniowe Niemiec i Francji, a rozwój polskiego przemysłu jest fikcją.
Podsumowując: Polska nie jest przygotowana do większego konfliktu zbrojnego, zwłaszcza długotrwałego: nie ma zapasów amunicji, nie produkuje w wystarczającym stopniu broni i amunicji, nie posiada obrony przeciwlotniczej i przeciwrakietowej (systemy „Wisła”, „Bug”, „Narew” i „San” istnieją tylko w planach), a także jest bezbronna wobec tanich dronów. A przede wszystkim nie posiada przeszkolonych rezerw. Nie istnieje również obrona cywilna (ale jest ustawa – tylko że martwa). A zagrożenie jest realne, zważywszy, że Rosja nie musi doprowadzić do regularnej wojny z NATO (które jest testowane), bo posiada możliwości siana chaosu poniżej progu wojny kinetycznej. Zwłaszcza najnowsze możliwości agresji (jak rozwój tanich systemów dronowych) i działania pod fałszywą flagą dają wiele możliwości, na które Polska jest kompletnie nieprzygotowana.
Dlatego i politycy, i zwykli obywatele liczą wyłącznie na Amerykanów, pomijając konieczność własnych działań (w Europę w tej materii też nikt nie wierzy, chociaż „proeuropejscy” politycy deklarują taką wiarę). Z kolei „proamerykańscy” politycy (głównie polska prawica) szafują potęgą USA, dyskretnie nie zauważając zmniejszających się globalnych możliwości Ameryki i konieczności wzmożenia własnych wysiłków, by zastąpić mniejsze zaangażowanie USA w Europie. Generalnie wszyscy uspokajają nie budując realnych możliwości własnego państwa.
Gra pozorów oraz public relations ukrywa również zmniejszone możliwości przemysłowe i kryzys amerykańskiej zbrojeniówki, choć sprawa zasobów i zapasów np. rakiet do „Patriotów” (i innych bardzo zaawansowanych systemów) przebiła się do szerszej publiczności i wznieciła niepokój.
Porażki polityczne USA w wojnie z Iranem też są rozgrywane, by nadwątlić wartość sojuszu z USA. W grę wchodzą interesy partyjne i ideologiczne. Rządowe i prywatne media związane z lewicą europejską grają na masowych emocjach przeciwko Ameryce, a przede wszystkim prezydenturze Donalda Trumpa. Pod tym względem Polska nie różni się od zachodniej Europy, chociaż dzięki nowym mediom, w których przewagę ma prawica, dużo znaczy głos publicystów popierających obecnego prezydenta USA, a wojna z Iranem nie jest jedynie koncertem radości z powodu sukcesów obronnych zaatakowanej władzy islamskiej rewolucji. Powszechna radość z „nauczki” danej Trumpowi na Bliskim Wschodzie jest tonowana przez polska prawicę i raczej wzbudza troskę i niepokój, a także dyskusję na temat warunków dzisiejszej wojny, gdy zderza się doskonałe, ale bardzo drogie uzbrojenie z prostymi czy nawet prymitywnymi, ale za to tanimi i masowymi rodzajami broni. Tyle, że jest to gadanie specjalistów przy bierności rządu. Tragizm sytuacji polega na tym, że Polska ma coraz mniejsze możliwości finansowe z powodu spowolnienia gospodarki, a uzależnienie państwa będzie coraz większe ze względu na dynamiczny wzrost długu publicznego. Mamy więc do czynienie z perspektywą krachu ekonomicznego w połączeniu z wyzwaniami militarnymi. Nie tylko europejska część NATO nie jest przygotowana do wojny konwencjonalnej, ale Polska też. Wyścig z czasem nie jest wygrany.
– Czy przewidujesz jakieś zasadnicze zmiany, jakieś poważne tąpnięcia na polskiej scenie politycznej w najbliższych miesiącach? Czy możemy już mówić, że mamy potencjalny koniec duopolu?
– Dzisiejsze tąpnięcia w polskiej polityce nie wiadomo czym się skończą. Dotychczasowy duopol na PiS (opcję tożsamościową, kładącą akcent na ekonomiczną, a co za tym idzie polityczną niezależność Polski), a PO (opcję ujarzmienia republikańskiego żywiołu w Polsce przez europejski regulacje) chyba się chwieje. Nic nie jest przesądzone, ale być może podział zostanie przekształcony przez młodszych polityków (Kaczyński i Tusk to ludzie 70-letni lub ponad). Głównym politycznym paliwem są wzajemne oskarżenia, a obecnie również tzw. rozliczenia władzy z poprzednikami za pomocą „prawa jak je rozumiemy”, czyli wprowadzenie czegoś w rodzaju nadzwyczajnych okoliczności pozwalających na działania pozaprawne czy bezprawne.
Wydaje się, że ten podział ma szanse na zmianę ze względu na spadające poparcie dla obecnej koalicji rządzącej, ale również głównej partii opozycyjnej, czyli PiS-u. Obecny trend to starcie państwowych ambicji prorozwojowych (ekonomicznie) z biurokracją preferującą państwowy minimalizm z utrzymaniem rozbudowanego etatyzmu i socjalu. Nie jest jednak pewne czy rozbudzone ambicje państwowo-gospodarcze zwyciężą, mimo, że młodsi politycy są coraz bardziej aktywni. Dodajmy, że „młodsi” nie są „młodzi”! – Karol Nawrocki ma 43 lata, Krzysztof Bosak 44, a najmłodszy Sławomir Menzen – 39. Z kolei były premier z ramienia PiS-u, Mateusz Morawiecki, zbliża się do sześćdziesiątki, ale jego bliskie otoczenie jest nieco młodsze, jeśli nie liczyć starych PiS-owców, którzy go poparli (np. Ryszard Terlecki). Wynik starcia poznamy za jakieś dwa lata, już po wyborach z jesieni 2027 roku. Obecnie nic nie jest przesądzone, a wewnętrzny podział kraju na zwalczające się plemiona – nierozstrzygnięty. Do tego czasu paraliż państwa jest nieprzyzwyciężalny, a widmo bankructwa ekonomicznego oraz zbrojnego starcia z Rosją poniżej wojny kinetycznej – ogromne.
– Dziękuję.
Rozmawiał: Marek Ruszczyński
Józef Maria Ruszar (ur. 2 marca 1951 w Pruszkowie) – literaturoznawca, krytyk literacki, publicysta, redaktor, wydawca i wykładowca akademicki. Absolwent polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim; studiował również filozofię na Papieskim Wydziale Teologicznym w Krakowie. Doktorat uzyskał w 2014 r., a habilitację w 2020 r.
W latach 70. angażował się w działalność opozycji demokratycznej, był współzałożycielem Studenckiego Komitetu Solidarności w Krakowie i współpracownikiem KOR. Po wprowadzeniu stanu wojennego został internowany. W 1983 r. wyjechał do RFN, gdzie współpracował z Radiem Wolna Europa, a następnie w latach 1985–1993 mieszkał i pracował w USA, m.in. jako korespondent i producent RWE w Nowym Jorku. W 1995 r. powrócił do Polski.
Zajmuje się literaturą polską XX i XXI wieku, szczególnie poezją Zbigniewa Herberta, Czesława Miłosza, Tadeusza Różewicza i Jana Polkowskiego, a także literaturą emigracyjną i związkami literatury z historią oraz doświadczeniem komunizmu. Jest autorem i redaktorem licznych książek i prac naukowych. W latach 2018–2024 kierował Instytutem Literatury, który wydał blisko 2 tys. pozycji książkowych; był również redaktorem naczelnym kwartalnika „Nowy Napis”.