Ograniczenia w kandydowaniu na głowę państwa demokratycznego
Iwo Cyprian Pogonowski
Sprawa ustalania kandydatur w wyborach na głowę państwa w historii rozwoju rządów reprezentatywnych nasuwa porównanie między historią Polski i historią Stanów Zjednoczonych. Na podobieństwa historii Polski i historii USA zwrócił uwagę profesor Norman Davies w jego pracach o historii Polski.
Po raz pierwszy w historii Europy i prawdopodobnie w historii świata, miano prawo wybierać w wyborach powszechnych kandydata na głowę państwa i szefa władzy wykonawczej w 1569 roku. Miało to miejsce w Polskiej Rzeczypospolitej Szlacheckiej na podstawie Unii Lubelskiej proklamowanej jako początek „Rzeczypospolitej Dobrej Woli, Wolnych z Wolnymi i Równych z Równymi.” Wówczas każdy mężczyzna, z blisko milionowej „nacji szlacheckiej” miał prawo być kandydatem na głowę państwa w osobie króla.

Po zakończeniu zimnowojennej konfrontacji dwóch bloków polityczno-militarnych Francis Fukuyama wieńczył, że oto nadszedł koniec historii. Koniec historii rozumianej jako koniec konfliktów i napięć miedzy mocarstwami na arenie międzynarodowej. Po upadku muru berlińskiego miała zapanować era pokojowego współistnienia różnych podmiotów polityki międzynarodowej, ściśle ze sobą powiązanych globalnymi interesami ekonomicznymi. Niestety sierpień 2008 wyraźnie pokazał, że teza przedstawiona przez Fukuyamę choć piękna była bardzo idealistyczna. Rosyjska interwencja w Gruzji i zaostrzająca się wojna z talibami w Afganistanie wyraźnie pokazują, że parafrazując Fukuyamę możemy zacząć mówić o powrocie historii w stosunkach międzynarodowych.
Rozpoczęta przez Gruzję wojna z separatystyczną Osetią Południową przekształciła się w regularną wojnę z Rosją, która trwa mimo ogłoszonego przez Tbilisi jednostronnego rozejmu. Ze względu na skomplikowane podłoże historyczne i polityczne wojna ta nabrała znaczenia nie tylko regionalnego, ale również światowego.
Wskutek wtrącenia się Rosji w wewnętrzne sprawy Gruzji Moskwa więcej straci niż zyska. Jeżeli Kreml uważa, że dzięki demonstracji siły uzyska uznanie na arenie międzynarodowej, to jest w wielkim błędzie. Nie można bowiem postawić znaku równości między interwencją USA w Iraku, a inwazją Rosji na Gruzję. W pierwszym przypadku chodziło bowiem o obalenie reżimu Chusajna, który był wątpienia był mordercą. Tego nie można powiedzieć o gruzińskich władzach, które od początku lat dziewięćdziesiątych bronią integralności kraju. Nie prowadzą przecież żadnych czystek, tylko próbują przywołać do porządku separatystyczne republiki, tworzone i utrzymywane od lat przez Rosję tylko po to, aby utrzymać Gruzje w swojej strefie wpływów. Z uwagi na proeuropejskie aspiracji Tbilisi było to coraz trudniej. W takiej sytuacja Rosją sięgnęła po środki drastyczne.
Politolodzy i wojskowi mogą się spierać czy Gruzini dali się sprowokować, czy raczej była to zwyczajna napaść rosyjska. Tak czy inaczej Moskwa świadomie realizuje politykę podporządkowywania sobie państw będących wcześniej częścią ZSRR lub pozostających w jego orbicie. Może fakt rozpoczęcia wojny właśnie w tej chwili, pod płaszczem olimpiady, jest podparty tym, że tanieje ropa i trzeba nieco zakłócić jej przebieg, by jej ceny znów poszybowały w górę. Rosjanie się nie bronią, Rosjanie atakują.
Od

